Tytułem wstępu cytuję wspomnienie Wojciecha Sobolewskiego zamieszczone w Encyklopedii Solidarności:
Ponieważ byliśmy rozczarowani reakcją ludzi, postanowiliśmy kolejny happening zrobić dla siebie. Chcieliśmy zorganizować coś, w czym my będziemy się dobrze bawić, a publiczności zostawialiśmy wybór: albo będą biernie się przyglądać, albo dołączą do nas. Impreza odbyła się 24 lutego 1989 roku. Miała charakter artystyczny i nosiła tytuł „Pollock Potrafi”. Tytuł w pierwszym punkcie odnosił się do propagandowego hasła „Polak Potrafi”, a w drugim do sposobu malowania Pollocka. Charakterystyką jego stylu było malowanie na dużych płachtach płótna za pomocą rzuconych na nie plam farby. Postanowiliśmy w centrum Warszawy powiesić ogromne arkusze papieru, dać ludziom farby, pędzle, spreje i pełną wolność. Wyszliśmy z założenia, że jak ktoś będzie chciał wyrazić się poprzez malunek, niech podejdzie i maluje, a jeśli nie, to niech się przygląda z boku. Rezultaty przeszły nasze oczekiwania. Kilkuset uczestników imprezy szybko zapełniło rysunkami płachty, a następnie ich twórczość przeniosła się na chodniki, balustrady, mury, szyby, a na końcu malowali po sobie nawzajem i po przechodniach. Niesamowite było to, jak na przestrzeni tych paru miesięcy ludzie się otworzyli i odważyli na taką spontaniczność oraz inicjatywę. Bardzo nas to zaskoczyło i jednocześnie podbudowało. Wracając do wydarzeń na happeningu… Sytuacja trochę się wymknęła spod kontroli. Po jakimś czasie przyjechała milicja i znów nas zamknęli. Na komisariat przyjechali reporterzy z Trójki. Powołując się na nasz kodeks, który zakazywał udzielania wywiadów, odmówiłem dziennikarzowi komentarza do happeningu. Natomiast kolega, z którym byłem zatrzymany, poddał się presji i udzielił wywiadu. Dziennikarz zadał mu pytanie, czy uważa, że te pomalowane sklepy, ściany, latarnie podobają się ludziom. Na to mój kolega odpowiedział, że nasza grupa nie jest telewizją, żeby pokazywać ludziom tylko to, co może im się podobać. Mam w pamięci jeszcze taką sytuację, która przypomina scenę z filmu sensacyjnego. Siedzieliśmy w celi z dziewczyną, która dała nam swój adres, abyśmy – gdy już nas wypuszczą – powiadomili jej rodziców, że jest na dołku. Idąc do niej, usłyszeliśmy przez otwarte okno sygnał wiadomości telewizyjnych. Przystanęliśmy i słyszymy, że w dniu dzisiejszym wandale zdewastowali pół miasta, straty idą w miliony, władze zamierzają wyciągnąć daleko idące konsekwencje w stosunku do chuliganów. Włos nam się zjeżył na głowie, bo zrozumieliśmy, że teraz to dopiero się zacznie…
Fotografie zeskanowane są z odbitek papierowych. Klisze uległy uszkodzeniu.








